– Razem z Fado chętnie powdychamy jeszcze trochę spalin – powiedział Filip

i uśmiechnął się po przyjacielsku do Jacka. – Możemy cię odprowadzić, co ty na to?

Chłopak spojrzał na swojego szkolnego kolegę

i jego entuzjastycznego psa, który ciągle wymachiwał ogonem.

– Jasne, w porzo – rzucił i lekko wzruszył ramionami,

jakby w sumie było mu obojętne czy pokona trasę na dworzec sam

czy będzie mu ktoś towarzyszył.

Kiedy zbliżali się już na miejsce, zaczął padać deszcz.

Chłopcy schowali się pod daszkiem przystanku w chwili,

kiedy zielony autobus wyłonił się zza zakrętu.

Zdążyli tylko uścisnąć sobie dłonie na pożegnanie

i Jacek zniknął za drzwiami.

Filip westchnął. Nie dowiedział się niczego nowego o koledze.

Można więc uznać, że jego projekt opracowywania jego osobowości

na razie nie zanotował na swoim koncie żadnych sukcesów.

Deszcz zacinał już naprawdę mocno, a jemu

pozostało teraz tylko zadecydować czy